|
Autor: Jakub Bajorek
Miejsce zamieszkania: Węgrzyce Wielkie 324
Adres e-mail: pisior1986@interia.pl
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I .
Stukot maszyny do pisania - to najbardziej utkwiło mu w pamięci ze wszystkich doznań
tamtej nocy, bezmyślny mechaniczny nieustający jazgot - Klak,klak,klak,klak... poruszjący
do głebi, odczuwalny niemal fizycznie dudniący nieustajacym echem. Słyszał go później
wielokrotnie, zarówno we śnie jak i na jawie.
- Panie Dawidzie! Czy pan mnie slyszy?
Stara świetlówka migotała, raz po raz rozświetlając nieprzenikniony mrok obecny w
pomieszczeniu, tak gęsty od kurzu i tego smrodu stęchlizny że aż niemal namacalny.
Jakiś człowiek w średnim wieku, czyżby Policjant sekcji kryminalnej? Ale tak dziwnie
ubrany w niebieski mundur, i dziwną czapkę ukrywającą pasma siwizny na niegdyś
czarnych włosach. Powolnym ruchem, dogasił papierosa w popielniczce która zapewno już
dzisiaj rano domagala się opróżnienia.
- Panie Dawidzie?
Dzisiaj rano? Która wogóle może być godzina? Jaki dzień? Czy to wszystko prawda?
Skąd ja znam tego człowieka, widziałem go już wielokrotnie... ale gdzie?
- Panie Malkovich?
Dobrze przynajmniej, że ucichł stukot maszyny do pisania, co za ulga! Taka cudowna
cisza, teraz moge zebrac myśli!
- Panie Dawidzie Malkovich, wiem że to dla pana trudny czas, ale jeżeli oczekuje Pan
odemnie jakiejkolwiek pomocy...
Dziwna twarz Policjanta poruszała sie w nienaturalnie powolnym tępie, jego słowa
wydobywały się powoli, niemal je widziałem kiedy rozchodziły się i osiadały na kurzu
pokrywającym to pomieszczenie.
Tak, kiedy juz teraz nie słyszę stukotu maszyny do pisania, naprawde mogę pozbierac myśli,
wyselekcjonować realne wydarzenia od tych urojonych, poskładac chronologicznie w logiczną
calość, oddzielić prawdę od urojeń.
Boże ale skoro tak, to dlaczego czuję sie jakby niewidzialny knebel stopniowo rozrastał
się w moich ustach od chwili kiedy, przekroczyłem progi tej ruiny o odrażającym
fetorze, czy to naprawdę jest komisariat? Czuję się jak bohater Procesu, Kafki, gdzie
ja jestem? Ile bym dał żeby znaleźć się juz na zewnątrz i oddychac świerzym
powietrzem! Duszę się!
- Panie Malkovich! Do Czarta! - Mężczyzna rąbnął pięścią w blat. - Niech pan posłucha,
jest 4.37 nad ranem, jeżeli oczekuje Pan odemnie pomocy, to prosze nie przedłużać, mam
dosyć przychodzących tutaj o takich porach lunatyków i narkomanów!
- Przepraszam, naprawdę miałem dzisiaj ciężki dzień, nadmiar emocji, nie wiem od
czego zacząć.
- To zrozumiałe, każdy ma ciężkie dni, prosze teraz skupić się i powiedzieć o co
Panu chodzi.
Pozbierać myśli, pozbierać myśli, w tym momencie przypominało to grabienie hektarów
łąk grzebieniem. Jego żona i córeczka przepadły dzisiaj bez śladu, zniknęły,
dlaczego akurat dzisiaj? Przecież to był normalny leniwy listopadowy wieczór. Ponury co
prawda, ale nic nie zapowiadało takiej katastrofy! Alicja moja ukochana żona, wyszła z
domu wieczorem, miała iść tylko do kiosku po papierosy dla mnie, zabrała ze sobą
nasza sześciomiesięczną Rosemary, byla roześmiana jak zwykle, to takie słodkie
dziecko...
Rozmyślania Dawida przerwał odgłos darcia papieru, ktoś zrywał plakat głoszący
wszem i wobec że rozpoczęły się poszukiwania za jakimś człowiekiem, obiecywano
nagrodę, widać ktoś ją już odebrał bo ogłoszenie to się zdeaktualizowało...
To mial być krótki spacer... krótki spacer? Ty głupcze! W mokry deszczowy listopadowy
wieczor pozwoliles wyjść żonie samej! A przeciez wiesz ilu złych ludzi ,żyje w
okolicy. To wszystko twoja wina! To twoja wina że niecierpliwie wyglądałeś przez okno,
próbowałeś dzwonić gdy Alicja nie wrócila razem z Rosemary po godzinie, ani po dwóch,
po trzech... targany wyrzutami sumienia wybiegłeś w deszcz i mrok żeby ich szukać! To
twoja wina! Należało ci się to uczucie kiedy odnalazłeś, na środku chodnika wózek
malutkiej Rosemary, stał tam niczym złowieszczy pomnik twojego największego błędu. A
na pomniku tym było, tyle krwi...
.....................................................
II .
Cztery lata. To już dokładnie cztery lata, odkąd straciłem wolę życia. Teraz
egzystuję na granicy zmysłów, od dawna nie jestem pewien co jest jawą, a co snem!
Poruszam się po mglistej krainie mar, trawiąc czas w jednym tylko celu - Muszę je
odnaleźć, one obie muszą gdzieś być! Ludzie nie przepadają bez śladu. Zagubiłem
swoja tożsamość, niewiele pamiętam, z poprzedniego życia, jedynie przebłyski
wspomnień, niejasne wizje, echa dawnego szczęścia. Trudno mi teraz określić kim tak
naprawdę teraz jestem, zresztą jakie to ma znaczenie?
- Zimno! To głowny bodziec fizyczny który teraz odczuwam,wypełnia mnie całego a
towarzyszy mi od dawna.
Znowu późna jesień, czwarta już. Tułam się i szukam. Może to smieszne, ale nadzieja
nigdy tak naprawdę we mnie nie zgasła. Nigdy nie pozbylem się tego malutkiego płomyczka
nadziei, tlącego się wśrod kutych ze stali argumentów przeciw. Ja naprawdę wierzyłem
i nadal wierzę. A ostatnimi czasy mam wrażenie że jestem coraz bliżej prawdy.
- Zimno! Przenikliwe , identycznie jak wtedy - ciemność, deszcz, wózek i... krew. Boże,
tam bylo tyle krwi Alicji? Rosemary? a może kogoś innego?
- Zimno! , Zaczyna padać. Kapuśniaczek przerodził się w ciężkie krople, te w ulewe,
po raz wtóry deszcz próbuje zmyć ze mnie moje grzechy! Jednostajny, monotonny głos
deszczu mówi do mnie. Tak jak wtedy, tamtej nocy - klak, klak, klak, klak...
Nie! Zaraz! To zupełnie inne wspomnienie!
- Teraz jestem przemoczony do suchej nitki i naprawdę zrobilo mi się zimno! Gdzie ja właściwie
jestem? kolejna identyczna, podobna do wszystkich innych ulica. Nie mogę dojrzeć
tabliczki z nazwą, latarnie nie świecą. Zresztą jakie to ma znaczenie?
Godzina musi być juz późna. Nie spotkałem od jakiegoś czasu żadnego przechodnia. I
dobrze, nigdy nie lubiłem tłumów, w zasadzie od zawsze bałem się dużych skupisk,
dziwne to i nie potrafię niczym uzasadnić tego lęku, nie mogłem również nigdy się
go pozbyć, ostatnimi czasy czuję że ta fobia pogłębiła się we mnie.
Mokrą dłonią odlepiłem włosy z czoła, niepotrzebnie na nią popatrzyłem.
Na moich dłoniach w zupełnie niewytłumaczalny sposób pojawiły się dziwne
blizny. Nie wiem w jaki sposób i kiedy dokładnie powstały. Blizny te to bez wątpienia
znaki lub symbole, nie układający się jedak w logiczny ciąg.
Na prawej dłoni po wewnętrznej części symbole:

Na lewej dłoni również po wewnętrznej części:

Właściwie to odkąd sięgnę pamięcią, a wczęsniej niż
przed tą tragiczną noc moja pamięć nie sięga już je miałem. Bezczelnie zadające
pytania, na które nie potrafię odpowiedzieć - skąd się na tobie wziełyśmy?
Boże! Nie wytrzymam tego zimna! Nagły silny powiew wiatru zerwał wypłowiały, kiepsko
zawieszony bilboard po drugiej stronie ulicy... odgłos dartego papieru...
Otrząsnąłem się i zacząłem rozglądać za schronieniem. Zauwazylem prowadzące wgłąb
ziemi schody do metra, nęciły mnie, zapraszały. Po krótkim namyślę stwierdzilem że
musze tam zejść, inaczej zamarznę.
Podszedłem bliżej, rozpoznałem tabliczkę z nazwą stacji jaskrawo prezentującą się
użytkownikom miejskiego metra - Toluca Street , nazwa jakby znajoma, zapewne znowu pobłądziłem
w tereny których bardzo dawno nie odwiedzałem, bo i po co?
Mętne światło, sterty śmieci, butelek, pustych strzykawek i schody wykute jakby w
litej skale wyglądały teraz wyjątkowo przytulnie. W końcu lepiej tutaj, niż tam.
Deszcz intensywnie zacinał po szklanej kopule wejścia do podziemi -
klak,klak,klak,klak,klak... i tak bez końca.
- Nienawidzę tego dźwięku! Brzmi jak cholerna maszyna do pisania - Powiedział
sam do siebie i ruszył wgłąb.
Schody opadające lekką stromizną wydały mu się niezwykle długie, jakby szedł
kilometry.
Gdzie są kasowniki? i wogóle inni ludzie? - zapytał otaczająca go pustke.
To musiała byc niezwykle stara stacja metra, może jedna z pierwszych jakie wybudowano w
mieście, brak ruchomych schodów, kamer , kasowników sprawiał wrażenie cofnięcia się
w czasie. I ten smród stęchlizny, jakby maszkara prosto z piekła, zionęła w niego
swym prastarym oddechem. Przypominała to czego on sam tak nienawidził - odoru mokrej
ziemi, dopiero co wywleczonej ze swoich prastarych mroków. Przwodziła mu na myśl też
coś zupełnie innego...

...klak, klak, klak, klak, dźwięk dartego papieru...

Po długiej drodze w dół, Dawid stanął wreszcie przed
czymś co powinno uchodzić za wejście. - strzelisty rzeźbiony otwór, niczym pysk
wielkiego gargulca z którego to ust buchał ten niesamowity smród. Po prawej stronie
wisiał pożółkły plakat, zapewne jednej z fundacji pomocy rodzinom. Napis głosił:
"Twoje Dziecko - kochaj! Nie krzywdź! To przecież część Ciebie samego"
- Ja swoją część utraciłem, właściwie to dwie połowy tworzące całość, to co było
najpiękniejsze, zostało mi odebrane. Nigdy juz nie będe kompletny. Wszystko na czym mi
zalezało, w jednej chwili pękło jak bańka mydlana, poprostu zniknęło. A to wszystko
moja wina! Mogłem iść razem z nimi! Moja wina!
Zakończył monolog, a odpowiedziało mu jedynie jego znienawidzone -
klak, klak, klak, klak...

Darty papier,
zapach ziemi...
Pozwolił żeby słona łza opadła z jego policzka. Po chwili wachania, przeszedł pomiędzy
stosami puszek, butelek oraz strzykawek i wszedł w głebię rzeźbionej bestii.
.............................................
III .
Kakofonia dźwieków, i zapachów skończyła się w jednej chwili, jak płyta wyrwana z
gramofonu. Znalazł się teraz w mroku, tak bardzo mu bliskim. Od jak dawna? Nie potrafił
tego okreslić. W ciemności czuł się bezpieczny , tuliła go niby matka swoje bezbronne
dziecię. O tak! To wprawiało go w stan ekstazy, działało jak narkotyk, pragnął tego
poczucia bezpieczeństwa i milości. Mrok był teraz jego towarzyszem, niejednokrotnie
szeptał mu do ucha, dzielił się sekretami, to dzięki niemu mogł prowadzić swoja
krucjatę. Dawid byl dumny że mrok wybral akurat jego na przyjaciela, że to akurat jemu
tak bardzo pomagał. W ciemności ustępował ból, nie słyszał ani nie czuł tego
wszystkiego co tak nienawidził.
Szedł przez długą chwilę otulony nicością, w ekstazie spokoju. Wtem natrafił
na granicę nocy!
Zza rogu blade światło rozjaśniało nieśmiale część korytarza, dojrzał co kryło
się pod czernią, wilgotne ściany zdobiły setki szyderczych graffiti, niekończące się
hałdy śmieci zalegały w kątach, z sufitu zwisały niczym węże gotowe do ataku , od
dawna niedziałające już lampy.
Dawid domyślil się że korytarz układa się w wielką literę L , po chwili
zastanowienia, stwierdził że woli pozostać tu gdzie jest. Słodka nicość korytarza
zapewniała bezpieczną kryjówkę. Usiadł na ziemi wśród zalegających nieczystości,
oparł się plecami o mokrą ścianę. Zwinął w kłębek i trwał tak zatopiony w
marzeniach.
We śnie przypomniał sobie łzy szczęścia kiedy dowiedział się że razem z
Alicją będa mieli dziecko, jak wybierali imię dla malutkiej, jak razem zmontowali
malutkie łóżeczko z drewnianymi kratami, pamiętał jak pierwszy raz ujrzał Rosemary
na rękach pielęgniarki , jak zapłakał rzewnie z apogeum radości.
Dawid płakał również przez sen...

Zerwał się!
Tak! Tak! Napewno mi się nie wydawało! Spałem! Ale jestem pewien że to słyszałem!
Obudziło go delikatne echo dziecięcego płaczu. W sekundzie już był na nogach, wybiegł
z korytarza, prosto w blade światło, skąd doszedł go enigmatyczny dźwięk. Światło,
choć nikłe, raziło go w oczy natychmiast też buchnął w niego smród mokrej stęchłej
ziemi. Dziwne, wydawało mu się teraz że to jego dłonie są źródłem tego okropnego
zapachu. Zorientował się że choc wczęnsiej tego nie zauważał, ten zapach jest częścia
niego samego, tak samo jak ... ...
Rozglądnął się po peronie, byl długi , dwukierunkowy, po obu stronach ciągneły
się tory metra. Zastanowiło go, dlaczego nie usłyszał ani razu przejeżdzającej
kolejki a jak mniemał, spał dosyć długo. Powolnym krokiem ruszył wzdłuż peronu, był
zaśmiecony identycznie jak korytarz i schody, ze ścian szydziły bluźniercze graffiti,
o treści okultystycznej , większość dziwnych symboli wydawała się tak dawno
namalowana, że teraz już nie do rozpoznania! Przywodziło to na myśl odwieczną siedzibę
miejskiego zła, jakby odkąd tylko położono pierwszą cegłę pod pierwszy budynek w
mieście, tutaj juz wtedy spotykali się narkomanii, pijacy i inni profani. Nic dziwnego
że nikt nie korzystał z peronu na stacji Toluca Street.
Mniej więcej w połowie długości peronu, Dawid napotkał jednego z aktualnych lokatorów.
- Na podwójnej odrapanej i brudnej ławce spał owinięty płaszczem wielki i masywny człowiek
o długich kruczoczarnych włosach, i długiej równie czarnej brodzie która sięgała mu
aż do piersi, płaszcz mężczyzny, ławka, i filar obok upstrzone były gęsto rdzawymi
plamami. pod improwizowanym łożem złowieszczego brodacza, leżały trzy zupełnie nie
pasujące do siebie rzeczy - grzechotka, wielki niczym wąż łańcuch, oraz opróżniona
butelka Szkockiej.
Dawid chciał przejść dalej, idąc cicho żeby nie budzić śpiącego olbrzyma.
Prawie podskoczył kiedy olbrzym otworzył swoje tak samo czarne jak włosy i broda oczy.
Przez chwilę rozważał możliwość ucieczki, bał się. Byl sam na sam pod
ziemia z wielkim nieznajmomym. Pozatym niepodobały mu się jego oczy. Były jak dwa węgle.
Bał się ich. Odnosil wrażenie że już kiedyś gdzieś je widział!
Olbrzym przeszedł do pozycji siedzącej, sprawiał wrazenie zmęczonego życiem.
- Witaj w moich włościach nieznajomy! - odezwał się niezwykle piskliwym jak na jego
posture, nieprzyjemnym głosem.
Mówiąc odgarnął pozlepiane strąki czarnych jak noc włosów i przeczesał dłonią gęstą
brodę. Na oko, miał nie więcej niż 40 lat.
- Przepraszam, że obudziłem. Moim nagłym wtargnięciem, nie wiedziałem że ktoś tutaj
jest. - Jeżeli chcesz , zaraz się oddalę.
- Ha! - Ryknął nieznajomy, szczerząc swoje zęby ktore również były czarne jak węgiel
- nie przepraszaj! Dawno nie miałem tutaj towarzystwa, zawsze jestem tak bardzo samotny,
nawet szczury tutaj nie chadzają. - Jedynym moim towarzystwem jest tylko niewierna
Whiskey, suka zawsze tak szybko odchodzi. - Wybuchnął śmiechem, który można by
zakwalifikowac jedynie jako świński rechot.
- Na imię mi Vincent! a tobie jak wystraszony człowieku?
- Dawid.
Olbrzym popatrzył na mnie przeciągle.
- David Malkovich, taaaak, słyszałem o tobie, rzekłbym nawet że jesteś bardzo
popularny. - Wiele osób na ciebie czeka.
Nagłe stwierdzenie Olbrzyma prawie zwaliło go z nóg. Skąd menel śpiący pod ziemią
może znać jego nazwisko? I kogo miał na myśli, mówiąc że na niego czekają? Alicje?
- Kto na mnie czeka? - Masz na myśli moją żonę? - Widziałeś ją tutaj? - Słyszałem
płacz dziecka, czy tutaj jest moja córka?
Vincent zupełnie zignorował moją lawinę pytań. Zamyślił się.
- Płacz dziecka? - Uśmiechnął się wesoło - to nie twoje , drogi Dawidzie, to jedno z
moich dzieciątek.
Rozglądnął się po peronie.
- Właściwie dziwne że ich tutaj teraz nie ma, bardzo rzadko ich nie ma przy mnie. -
Musiały się spłoszyć twoją osobą. - widocznie jesteś taki straszny. - Hehe.
Zaśmiał się świńsko i wstał.
- Posłuchaj Dawidzie, jesteśmy bratnimi duszami. Poczekaj tutaj na mnie chwilę. - Stary
Vincent postara się o jakąś bursztynową kochankę dla nas obu.
Powolnym krokiem ruszyl w kierunku drogi na powierzchnie, przystanął przez chwilę i
rzucił przez ramię.
- Tylko nie zaczepiaj moich dzieci.
I odszedł.
Dawid chciał czym prędzej opuśćić to miejsce, niepokoiło go. Już miał odchodzić
kiedy jego uwagę przykuł wydrapany na ławce służącej za legowisko czarnego olbrzyma,
napis - MORDERCA.
Sztylet strachu przeszył jego serce. Zaczął oddalać się spiesznym krokiem w
przeciwnym kierunku niż poszedł Vincent. Kiedy ku jego najszczerszemu zaskoczeniu usłyszał
coś co właściwie nie powinno nikogo dziwić w takim miejscu. Metro nadjeżdżało. Stał
na peronie patrząc na zbliżające się światła kolejki.
Wjechała. Nie zauważył motorniczego ani żadnego z pasażerów w żadnym z wagonów,
a sama kolejka wydawała się ciągnąć w nieskończoność. W pewnym momencie zaczęła
zwalniać. Zatrzymała się. Ostatni wagon różnił się od pozostalych, było w nim
kompletnie ciemno. Na ułamek sekundy światło w końcowym wagonie zapaliło się i zgasło...
To co Dawid zobaczył w nim przez to mgnienie oka, sprawilo że osłupiał...zamarł z
niedowierzania. Wydało mu się. Nie! Byl pewien chociaż nie mógł w to uwierzyć że
zobaczył tam... Alicję z zawiniątkiem na ręku... Nie mógł się pomylić!
Wyrwany z osłupienia, desperacko zaczął biec w strone metra, które zaczęło
ruszać.
- Boże! Musze zdążyć! - krzyknął
Zbliżał się, miał szanse wskoczyć, kolejny błysk żarówki...
TAK! To ona! był pewien, dojrzał teraz nawet łzy szklące jej oczy. Była ubrana w ten
sam sweterek, kiedy widział ją po raz ostatni. Alicja.
W ostatniej sekundzie wskoczył na wąską platformę za ostatnim wagonem. I wjechał
razem z metrem w nieprzenikniony mrok tunelu prowadzącego Bóg wie gdzie. Kolejka
przyspieszyła. Nabierała zawrotnej prędkości, nie jechała poziomo, tylko niezwykle
stromą, równią pochyłą w dół. Tylna szyba wagonu, ustąpiła pod ciosami dawida.
rozbiła się, a on poczuł na dloniach rozchodzące się ciepło. Wślizgnął się do środka.
Wiedział, że one tu są! W kompletnej ciemności zaczął biegac po wagonie wymachując
rękoma, desperacko próbując odnaleźć je dłońmi...
Boże! Nie! Pusto! Nie ma tu nikogo!
Upadł na kolana i zapłakał. Metro coraz szybciej jechało w dół. Łzy spadały ciężkimi
kroplami na podłogę - klak, klak, klak... Z jego rąk buchnął smród mokrej ziemi,
poczuł że pokrywa je lepka, ciepła maź..... Tak jak wtedy...
Nagłe ostre światło padające z sufitu wprost na niego, oślepiło go. Odruchowo
zakrył oczy skrzyżowanymi skrwawionymi dłońmi... I ujrzał to czego nie chciał
dostrzec przez te 4 długie lata, nie chciał lub nie potrafił. Zobaczył to co wyrzucił
z pamięci, a co teraz eksplodowało w jego umyśle... - w lustrzanym odbiciu na szybie,
odczytał wyryte na nim piętno:
 
Świadomość, która nagle na niego spłynęła sparaliżowała
go. Nawet nie zauważył kiedy metro stanęło.
Wybiegł z podziemii przeraźliwie wyjąc. Dawid nie mógł zauważyć starej, spłowiałej
gazety która leżała na jednej z ławek zamkniętej i nieczynnej od lat stacji metra. Z
pierwszej strony spoglądała gdzieś w sufit, czarnymi jak węgiel oczami, złowroga
twarz długowłosego, brodatego mężczyzny. Pod zdjęciem, krótki zalążek artykułu:
"Vincent Kadkaine, dzieciobójca znaleziony martwy w jednej z
nieczynnych stacji metra, miasto oddycha z ulgą"
Artykuł nosił datę 1955 .
....................................................................
IV .
Późny jesienny wieczór, pogoda typowa na listopadową, sprawiła że oficer Graham który
od czterech lat zajmował się sprawą Państwa Malkovich z przyjemnością znalazł się
w obskurnej ale suchej klatce schodowej starej kamienicy, adresowanej jako Velvet Avenue 9
. Chwilowa ulga zamienila się zaraz w niepokój, gdyż ciążący na nim dzisiejszego
wieczoru obowiązek, nie należał do sielankowych. Ale przeciez Graham był
profesjonalistą, od 22 lat był Policjantem, od 15 prowadził sprawy kryminalne, był
twardym gliną, nie jedno już widział a wiele z tego wolałby zapomnieć. Jednak sprawa
Państwa Malkovich była dziwna, napawało go wewnętrznym niepokojem. Powolnym krokiem
przekraczał stopień po stopniu starych drewnianych schodów.
I Piętro, II Piętro ... Pierwszy raz, był zadowolony że w tych rozlatujących
się, cuchnących pleśnią kupach cegieł, które same już dawno zapomniały kto je kładł,
nie ma wind. Mógł opóźnić chociaż trochę to co było nieuniknione, trochę to
nielogiczne, ale za to jakież naturalne.
III Piętro, wreszcie - IV... Przegniłe deski popiskiwały żałośnie a odpadająca wijąca
się farba, składała im pokłon. Napewno bardzo dobrze że rozumiały, od przecież tak
wielu lat trwały nawzajem w symbiozie. Współczuł im sufit, roniąc grube łzy deszczówki.
Ostatnie piętro - IV. Stanął przed drzwiami, zauważył że mosiężna cyfra oznaczająca
numer mieszkania była niekompletna , powinno byc 44 , pozostało tylko 4_ . Odruchowo
spojrzał na podłogę w poszukiwaniu zagubionej cyfry. Oczywiście jej tam nie było.
Graham odetchnął głeboko i załomotał trzykroć knykciami o drzwi. Cisza. Zapukał
ponownie i czekał. Po kilkunastu uderzeniach serca, usłyszał powolny szurający krok z
wewnątrz. Kilka sekund ciszy. Skrzypnięcie Judasza.
Drzwi otworzyły się gwałtownie. Oczom Georga Grahama, ukazała się wymizerowana
twarz młodziutkiej kobiety, jeszcze kilka lat temu pięknej. teraz wypłowiałej, z
widocznymi niemal wyżłobieniami wzdłuż policzek od tysięcy gorących łez wylanych
przez setki bezsennych nocy...
- Dobry Wieczór Pani Malkovich.
Podkrążone opuchnięte oczy kobiety zamieniły się teraz w dwa wielkie lustra.
Te oczy musiały być kiedyś cudowne, pomyślał Graham.
- Co pana tutaj sprowadza? - zapytała.
Policjant westchnął ciężko, popatrzył w sufit, nie mógł spoglądać w te oczy.
Wiedział że jeżeli popatrzy teraz na nie choćby przez sekunde, ich widok nie opuści
go aż do śmierci.
- Mam dla pani informacje, dotyczącą pani małżonka oraz...
odchrząknął, nie patrz, tylko nie patrz w te oczy!
- ...oraz waszej córeczki
Kobieta która stała w drzwiach skamieniała, była młoda, nie miała więcej niż 26
lat a wyglądała jak staruszka. Krew odpłynęła jej z twarzy, w końcu od tak dawna
czekała na te słowa.
- Proszę mnie posłuchać, pani Alicjo , jak pani rozumie nie przychodzę tutaj służbowo,
ale obiecałem pani w tamtą noc 4 lata temu że jak tylko się czegoś dowiem , pani
pierwszej przekażę tą informację, niezależnie jak będzie zła czy dobra. - Obietnic
nie łamię. - Ślad po pani mężu i córce zaginął dokładnie przed czterema latami i
jednym dniem. Aż do dzisiejszej nocy.
Zawachał się.
- Tej nocy , po czterech latach poszukiwań, odnaleziono pani małżonka... Powiesił się
w jednym z tych krytych blachą garaży przy Toluca Street. Był ubrany dokładnie tak
samo jak opisała pani w noc jego zaginięcia przed czteroma latami. Powiesił się obok
miejsca które wczoraj sam własnoręcznie rozkopał, świadczą o tym pozrywane
paznokcie. Głos mu zadrżał. Wiedzial, że musi dokończyć..
- W rozkopanym dołku, odnaleźliśmy szczątki waszej sześciomiesięcznej córeczki.
Fakty niestety jednoznacznie wskazują że dzieciobójstwa dokonał jej własny ojciec,
dokladnie 4 lata wcześniej w tym samym miejscu. Pospiesznie zakopał ciałko Rosemary i
uciekł , ostatnią osoba jaka go widziała, był kasjer na stacji kolejowej. Opowiadał
że wyglądał jak lunatyk i był umazany ziemią. Było to około godziny 4.30. Potem słuch
o nim zaginął.
Oficer opuścił wzrok z sufitu, drżąć na myśl że mógłby go skierować w stronę
tego milczącego posągu. Odwrócił się i po skrzypiącej żałobnie podłodze udał się
w strone schodów. Podziękował Bogu, że nie widział wyrazu jej twarzy. Westchnął w
duchu na myśl o tych trzech umęczonych duszach.
Krótką drogę do blaszanych garaży przy Toluca Street spędził zatopiony w myślach,
przejeżdżając obok dawnej stacji metra, naszła go myśl że bardzo dobrze że
wszystkie nieczynne perony metra w mieście zasypano już przed czterdziestoma laty.
Deszcz padał z nieba jeszcze bardziej intensywnie niż zazwyczaj Na miejscu, mijając
innych policjantów, oraz żółtą policyjna taśmę zakazującą wstępu osobą
postronnym ,powolnym krokiem wszedł do tego miejsca kaźni, drażnił go niezwykle wyraźny
zapach mokrej ziemi, oraz stukot kropel o blaszany dach - nieustające, monotonne klak,
klak, klak, klak...
- Jak cholerna maszyna do pisania! - powiedział na głos.
.................................................................................
Epilog .
Na drugi dzień, George Graham ze spokojem i zrozumieniem przyjął wiadomość o samobójstwie
Alicji Malkovich, wiedział że tak się stanie. Podcięła sobie żyły przy dziecinnym
łóżeczku. Przed śmiercią napisała krwią krwią na ścianie:
TU FUI EGO ERIS
- Amen. Powiedział do otaczającej go ciszy jego gabinetu i zapatrzył się na leżącą
na biurku, mosiężną "4" którą znalazł wczoraj w kieszeni swojego płaszcza.
....I wreszcie przestało padać.
KONIEC
|